Podróże

Tajlandia – miesięczny odpoczynek w raju

Pomysł na wyprawę do Tajlandii narodził się już w trakcie leczenia. Podczas długich miesięcy zmagań z chemioterapią potrzebne było coś do czego będę dążyć, jakiś cel, obietnica aby nadać sens. W końcu wciąż jestem młoda, a świat wielki, tyle miejsc do odkrycia, jeszcze nie czas by się poddawać.

Tajlandia nie była przypadkowym wyborem – tanie loty, piękne plaże, ciepły klimat i pyszne jedzenie. Tyle do szczęścia wystarczy jak tylko pokonam chłoniaka…

Wiele razy pytano mnie „dlaczego sama” chce jechać. Pozwólcie, że wytłumaczę…

Osoba taka jak ja, po chemioterapii bardzo wolno się regeneruje. Mimo zdrowego odżywiania i regularnych ćwiczeń, powrót do pełni sił jest długotrwałym procesem. Wciąż bardzo szybko się męczę, mam ograniczone zasoby energii. Zabranie w podróż kogoś bliskiego byłoby trudne. Wielu osobom ciężko zrozumieć że nie mogę jak na turystę przystało zwiedzać cały dzień i wracać do hotelu tylko na nocleg, a ograniczanie kogoś ze względu na własne niedomagania byłoby uciążliwe. Samej łatwiej mi rozłożyć siły na zamiary.

O tym jak dozować sobie atrakcje przeczytacie poniżej 😉

Rok po zakończeniu leczenia i otrzymaniu zgody lekarza czas się pakować! Wyruszam w świat!

Udało mi się kupić tani lot z Krakowa do Bangkoku przez Dubai. 14h lotu z dwu godzinną przesiadką. Jedzenie na pierwszej trasie z liniami Flydubai nie najgorsze aczkolwiek Emirates to już inna ranga, totalne luksusy.

Pierwsze cztery dni spędziłam w Bangkuku u znajomego. Jetlag był dość uciążliwy przez te pierwsze dni.

Bangkok to ogromne miasto, a przedostanie się z części gdzie nocowałam do centrum i głównych zabytków zajął mi ok 1h. 

Upał i wysoka wilgotność powietrza są w Tajlandii bardzo męczące. Aby oszczędzić sobie trochę spaceru skusiłam się na wycieczkę statkiem (ok 60 THB), z którego doskonale widać było główne świątynie, a dla mnie był to zbawienny moment na odpoczynek. Zaoszczędzone siły poświęciłam na zobaczenie posągu złotego buddy a następnie wspięcie się na Golden Mount. Przepiękny widok na miasto, pierwsze spotkanie z mnichami i lokalnymi ludźmi wspinającymi się na modlitwę na wzgórze do świątyni oraz towarzyszący w tym miejscu dźwięk modłów. Niesamowite doświadczenie na początek wyprawy :). 

Niestety w drodze powrotnej z centrum pogubiłam się bez google maps, dlatego polecam zakupienie miejscowej karty już na lotnisku i doładowanie internetu, koszt jest niewielki a oszczędza niepotrzebne kłopoty. Sama karta z podstawowym pakietem internetu na 2 dni to koszt ok 100THB (13zl), a doładowanie można kupić w każdym 7-eleven (sklep jak w Polsce żabka jest co kilka kroków).

Kolejny dzień spędziłam na odpoczywaniu na mieszkaniu i planowaniu kolejnych wycieczek. Intensywny pierwszy dzień okazał się dla mnie ponad siły. Przyjechałam odpoczywać i zwiedzać, a nie forsować się dlatego potrzebne mi było zwolnienie tempa i jedynie wieczorem wybrałam się ze znajomym na nocny targ.

 

Kolejny dzień to wycieczka jednodniowa do Ayutthaya – dawnej stolicy Tajlandii. Miejsce wielu świątyń i posągów a raczej ruiny i pozostałości świątyń. Bardzo łatwo tu dotrzeć z Bangkoku busem za 60THB.

Wiele przewodników poleca na miejscu wypożyczenie roweru do przemieszczania się między ruinami, aczkolwiek osobiście polecam dogadanie się z kilkoma osobami z busa i wzięcie Tuk-tuk na godziny. Można się z kierowcą dogadać na miejscu gdzie wysiada się z busa i określić, które miejsca chcemy zobaczyć. Pamiętając o klimacie oraz biorąc pod uwagę, że najważniejsze i najbardziej popularne miejsca są bardzo daleko od siebie, Tuk-tuk wydaje się optymalnym rozwiązaniem.

W 2h zobaczyłam najważniejsze miejsca a następnie już sama udałam się Tuk-tukiem na Floating market (pływający targ) Idealne miejsce na lunch po zwiedzaniu, piękny widok, nietypowy klimat. Dotarcie Tuk-tuk to 100THB a rowerem to bardzo daleko.

Kolejny cel podróży to Chiang Rai. Miesiąc wcześniej kupiłam lot za ok.200zl. 

W samym Chiang Mai nie miałam okazji zostać na dłużej, a przewodniki niedostatecznie mnie do tego zachęciły. Tutaj miałam okazję dzięki aplikacji Couchsurfing zatrzymać się na 2 dni w świątyni u mnichów. Miejsce oddalone od Chiang Mai ok 40 min busem, pośrodku dżungli. Tylko cisza, spokój, zwierzęta i mnisi. Po głośnym Bangkoku to idealne miejsce na złapanie oddechu, wyciszenie się i medytację. Był to dla mnie ogromny zaszczyt i niesamowite doświadczenie. Możliwość udziału w wieczornej i porannej medytacji z mnichami to coś niesamowitego.

Nocleg w tym miejscu jest udostępniamy członkom Couchsurfing bez żadnych opłat, jedynie wymagana jest pomoc w utrzymaniu porządku tego miejsca o poranku oraz przygotowanie śniadania dla mnichów wraz z miejscowymi kucharkami. Mnisi jedzą raz dziennie. Po porannej medytacji udają się do wioski zebrać dary od ludzi, z których później przygotowywany jest posiłek. W ramach podziękowania mnisi modlą się za ludzi, którzy podarowali im jedzenie. Po śniadaniu w tym miejscu powraca cisza.

W odległości ok 4km od świątyni znajduje się plantacja herbaty. Bardzo łatwo tam dotrzeć łapiąc okazję. Wiele samochodów jedzie w tym kierunku w celach turystycznych. Piękne widoki oraz dwie restauracje i sklepiki gdzie można usiąść i cieszyć się chwilą z pyszną herbatą prosto z plantacji. 

Po tym niezwykłym doświadczeniu w towarzystwie mnichów czas na kolejne atrakcje. Kierunek Chaing Mai!

Po drodze jeszcze jeden przystanek – White Temple (Biała świątynia), zjawiskowa budowla, która robi piorunujące wrażenie. Bus z dworca w Chiang Rai odjeżdża często i kosztuje raptem 20THB. W 20 min dotrzemy do świątyni. Idąc za radą ludzi, których spotkałam u mnichów, nie kupowałam biletu wstępu. Kolejka do kas bardzo długa, w środku straszny tłok i przewodnicy poganiający turystów robiących zdjęcia. Z zewnątrz można zobaczyć wystarczająco, a nawet zrobić zdjęcie bez “mistrzów drugiego planu” 🙂

Miejsce naprawdę warte zobaczenia, nawet jeśli mamy napięty grafik, to przystanek tutaj może zająć jedynie chwilę. 

Z Chiang Rai do Chiang Mai bus kosztuje ok 150THB, a podróż trwa ok 4h. Autobusy raczej są klimatyzowane, miejsca numerowane aczkolwiek droga dość wyboista.

Chiang Mai – wielkie miasto, bardzo tłoczne i ekstremalnie turystyczne. Centrum miasta ogrodzone jest murem oraz fosą. Niestety po przekroczeniu granic muru to istny turystyczny gwar z mnóstwem barów, europejskich restauracji i hosteli. W centrum bardzo ciężko o znalezienie typowego tajskiego street food, w tym celu trzeba opuścić mury centrum i znajdziemy plac ze stoiskami ale nie w centrum. Szał turystycznego klimatu dopełnia Sunday Walking Street – niedzielny nocny targ uliczny. Mnóstwo tu pamiątek, przekąsek a ceny są nawet jak na Tajlandię są kosmiczne. Lepszym miejscem na zakupy jest targ Warorot (najtańsze miejsce na kupno herbaty tajskiej i chipsów kokosowych).

Każda uliczka w centrum Chiang Mai skrywą jakąś kolorową świątynię. Mimo to wyprawa do Wat Doi Suthep dopiero robi wrażenie. Bilet wstępu to jedynie 30THB (bez wjazdu windą) a dojechać z centrum można biorąc Grab car (tutejszy Uber) do Chiang Mai ZOO i stamtąd czerwony Tuk-tuk na szczyt góry. Droga na szczyt jest długa i kręta ale ten punkt zdecydowanie warto odwiedzić będąc w mieście. 

Zaznaczam, że różnica ciśnień zarówno przy wjeździe jak i zjeździe z góry jest duża. W moim przypadku skończyła się wycieczka zawrotami głowy, ale po krótkiej drzemce wszystko wróciło do normy.

Spacerując po Chiang Mai zauważycie wiele biur turystycznych oferujące różne atrakcje. Jedna z nich jest pobyt w Elephant Retirement Park – miejsce dla emerytowanych/uratowanych słoni, które mają za sobą ciężkie życie.

Pół dnia w parku kosztuje 1700THB, jest to spory wydatek ale w cenie jest lunch, opieka przewodnika, odbiór z hotelu oraz przebranie na miejscu i przekąski dla słoni.

Ten dzień wspominam najlepiej. To niesamowite uczucie móc być tak blisko słoni, karmić je, dotykać i robić zdjęcia. W parku jedna z atrakcji była kąpiel błotna ze słoniami a następnie kąpiel oczyszczająca w basenie obok. Cudowne istoty, mimo rozmiarów bardzo przyjazne i zabawne. Reagują na komendy jak np. oblanie kogoś wodą pobraną w trąbę! 😀  Żartownisie 😀

Kolejna atrakcja warta uwagi to typowy w Tajlandii Cooking Class – lekcja gotowania lokalnych potraw. Wybór miejsc i dań jest spory, ale cena zazwyczaj podobna za pół dnia 800THB. 

Ja wybrałam farmę organiczną, gdzie razem z całą grupa zwiedzaliśmy farmę, zbieraliśmy potrzebne przyprawy a następnie robiliśmy z nich własnoręcznie Curry Paste. Do wyboru są zarówno dania mięsne jak i wegetariańskie. Każdy miał do wyboru trzy dania do zrobienia plus Spring-rolls, które robiliśmy razem.

Wybrałam na moje danie podstawowy Pad Thai, Panang Curry z kurczakiem oraz Zupę z kurczakiem na mleku kokosowym. Na koniec wszystkie dania można oczywiście zjeść 😀 Najlepszy punkt programu aczkolwiek szkoda było że zabrakło pojemników na wynos i dużo jedzenia musiało zostać. 

Na koniec kursu wszyscy otrzymaliśmy książki z przepisami, z których już po powrocie miałam okazję gotować ulubione dania. 

Chiang Mai ma wiele atrakcji do zaoferowania, to miejsce w którym trudno się nudzić. Na mój gust trochę za bardzo dostosowane do turystów centrum gubi atmosferę orientu ale ogólnie warte doświadczenia.

Z Chiang Mai kolejne miejsce docelowe to Krabi i Koh Lanta. Czas na chwile relaksu na bajecznych plażach. O tych miejscach napiszę już wkrótce w kolejnym poście.

W drodze powrotnej do domu spędziłam kilka dni w Bangkoku gdzie właśnie odbywało się święto ognia i wody – Loy Krathong festival. Festiwal przypada zazwyczaj an połowę listopada 11-13 listopad 2019. W te dni ludzie udają się nad rzeki, jeziora czy oczka wodne i modląc się o miłość i szczęście puszczają na wodę małe tratwy z kwiatami i kadzidełkami. 

W moim przypadku był to kurczak, dlaczego? Do dziś nie mam pewności… Na stacji metra była jedna Pani co je sprzedawała i wyglądało na typowe świąteczne cudo, aczkolwiek na miejscu okazało się, że tylko ja mam kurczaka zamiast kwiatów. Takie moje szczęście! 😀

Ostatni dzień w stolicy to moje urodziny. Nie oczekiwałam fajerwerków ale chciałam czegoś wyjątkowego. Po kolacji ze znajomym i jego przyjaciółmi pojechaliśmy na drinka na szczycie najwyższego hotelu w Bangkoku – State Tower. Widoki przepiękne, niesamowita panorama oświetlonego nocą miasta w luksusowych warunkach.

Swoją drogą ceny w tym miejscu niebotyczne ale warte w tą jedną noc w roku! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *